poniedziałek, 4 stycznia 2010

O Rozpuszczonym Tureckim Chłopcu



(ze specjalną dedykacją dla Marzeny)



Wstęp

Odcięta od świata, czyli mojego Kochanego Internetu, korzystam ostatnio z gościnności różnych kafejek na Modzie. Podczas mojego sieciowego odwyku spędziłam jedno popołudnie w prawdziwej dekoratorskiej perełce: imitujące czerwoną skórę siedzenia, szpitalno-różowe ściany i à la kryształowe, podświetlone na fioletowo żyrandole; całości dopełnia pasująca do wystroju muzyka. Serwują tam bezsmakową nescafé ze śmietanką z proszku jako jedyną kawę (poza turecką, której akurat nie chciałam, bo w ceną wliczone było wróżenie, a ja wtedy i bez tłumacza, i bez specjalnych chęci…).

Siedzę więc w tej bezowej kawiarni, ugniatam łyżeczką stwardniałą śmietankę i z determinacją wpisuję podane mi przez obsługę hasło. Bezskutecznie – Internetu jak nie było, tak nie ma (jak dowiedziałam się wychodząc, „taaak, czasem nie działa…”).
Towarzystwa dotrzymuje mi czteroletni (na moje wprawne oko) chłopiec, który kręci się wokół stolika, wychyla spod krzesła, zagląda zza rogu. Krótko mówiąc – oczekuje uwagi. Nie odpowiada jednak na grzecznościowe pytania w stylu „jak masz na imię? ile masz lat?”, daję więc sobie spokój tak z uwagą, jak i z konwersacją i wracam do walki o Internet (za który w końcu zapłaciłam w postaci mętnego płynu z coraz bardziej podatną na dźganie śmietanką).
Dopiero gdy chłopiec zaczyna bawić się moją torebką (ostateczna próba zwrócenia na siebie uwagi, dość ryzykowna zresztą), mierzę go lodowatym spojrzeniem, jakiego nie powstydziłby się surowy turecki hodża, czyli nauczyciel (wprawa jeszcze jest, z tym jak z jazdą na rowerze widocznie). Chłopiec trochę się jeszcze kręci wokół zielonego stolika i czerwonej sofy, torebkę i inne dobra osobiste należące do mnie omija jednak szerokim łukiem.

Kawiarniany chłopiec nie tylko nie wyraża chęci kontaktu werbalnego, jest dodatkowo przyssany do butelki (w tym wieku?) i konsekwentnie ignoruje wszelkie uwagi ze strony matki, która łudzi się jeszcze, że kiedy wystęka skwaszonym głosem „synku, nie biegaj” (piłując w tym czasie paznokcie i plotkując z koleżanką), to synek biegać przestanie.
Otóż nie przestanie.

***

Ponieważ postanowiłam być w tym roku nieco bardziej złośliwa niż zwykle (próba niezbędnej adaptacji, ostatnie tureckie stracie, tonąca cudzoziemka brzytwy się chwyta, etc.), będzie dziś kolejny wredny post. Tym razem o Rozpuszczonym Tureckim Chłopcu.
Nie chciałabym uchodzić za cudzoziemkę dręczącą wyłącznie Turczynki, tak więc dziś oberwie się tylko Turkom.
Potem obiecuję zamieszczać już tylko ładne zdjęcia, komentarze odnośnie wydarzeń kulturalnych, porady podróżnicze oraz inne ogłoszenia parafialne.

Tymczasem wróćmy do Rozpuszczonego Tureckiego Chłopca.
Natchnęła mnie Perihan Mağden i jej urokliwy esej „Mężczyzna pływający motylkiem” (w oryginale: „Kelebek yüzen erkekler”), który ukazał się w listopadowym BLUSZCZU. Polecam gorąco.



Rozwinięcie

Turecki Chłopiec oraz Turecka Dziewczynka dorastają w atmosferze bezkarności i swawoli, wychowywani – nie bójmy się tego słowa – co najmniej bezstresowo. Tarmoszeni przez ciocie, kuzynki, babcie i sąsiadki za policzki (oznaka sympatii wobec dziecka, w wersji soft lub nieco sadystycznej), karmieni tureckimi potrawami pichconymi z zapałem przez mamy i babcie (które, szczęśliwie lub nie, pracować często nie muszą). Rozpieszczani przez nauczycieli (ale tylko w szkołach prywatnych – tam zdecydowanie rządzi młodzież!). Pilnuje się tych dzieci, strzeże jak oczek w głowie, nie pozwala pić letnich nawet napojów (uwaga na przeziębienie!), chroni przed przeciągami czy najlżejszym podmuchem wiatru (przeziębienie!), wozi zawsze i wszędzie (Pan Szofer dostarczy pod drzwi prywatnej podstawówki i dowiezie z powrotem do domu) – podczas spaceru można się przecież przeziębić! Szkolna pielęgniarka opatrzy każde skaleczenie i podejrzaną kropeczkę na palcu, pani dyrektor skarci wredną nauczycielkę, która śmiała próbować prowadzić lekcję lub postawić czwórkę za fatalną klasówkę.
Słowem: MA-SA-KRAAA.

Gdy Turecki Chłopiec i Turecka Dziewczynka zaczynają dojrzewać, sprawy nieco się komplikują. Obie strony muszą nauczyć się swoich ról społecznych. I tak, jak nietrudno się domyślić, Turecki Chłopiec ma być silny, a Turecka Dziewczynka – ładna (miła to nawet nie musi… chyba że dla Tureckich Chłopców i ich Tureckich Mam, i tylko w specyficznych sytuacjach).
Jak określiła to moja polska koleżanka (lepiej bym tego nie ujęła): Turecki Mężczyzna jest aktywny – WYBIERA; Turecka kobieta jest pasywna – PREZENTUJE SIĘ (w domyśle – Tureckiemu Mężczyźnie). Niby żadne to odkrycie, i nie dotyczy tylko Turcji, ale… na jaką skalę jest to prezentacja!


Życie „na wybiegu” – o Tureckiej Kobiecie

Turecka Kobieta wie, że czas nagli. Lustruje każdego poznanego mężczyznę, analizuje jego wady i zalety, podświadomie szuka w nim „przymiotów prawego męża”, sprawdza, jaki to z niego materiał na stały, dobrze rokujący (w podtekście: rokujący małżeństwem) związek. I nie chodzi tylko o pieniądze, władzę, przyzwoite stanowisko w przyzwoitej korporacji. Turecka Kobieta ma w życiu coraz bardziej pod górkę: ona nadal tylko się prezentuje. Mężczyzna wybiera, ale jest przy tym coraz bardziej wybredny. I coraz dłużej zwleka. Co prawda średnia wieku wchodzenia w związki małżeńskie to w przypadku Turków 26 lat (niecałe 23 lat dla kobiet) – statystyczny Turecki Mężczyzna nadal żeni się więc wcześnie. Jednak najbardziej pożądani kandydaci – wykształceni, zamożni, zaradni, po odbytej służbie wojskowej (tak!), nie spieszą się. Bo i nie mają do czego. Rodzina już tak bardzo nie naciska (zresztą, są to rodziny bardziej otwarte na świat i inne poglądy), do tego te cudzoziemki pchają się do Stambułu, Izmiru, Antalyi, jak szalone… A przed czterdziestką można ustatkować się z młodą turecką absolwentką nauczania początkowego. Rodzina tylko przyklaśnie (Mama w szczególności).
Turecką Kobietę rodzina będzie natomiast ku małżeństwu (raczej mocno) popychać. Znam tylko kilka Turczynek, które nie pytają koleżanek o plany zaręczyn i ślubów, które nie lustrują chłopaków znajomych, nie analizują wad i zalet potencjalnego kandydata na męża przyjaciółki. Te lustrujące i analizujące to wcale nie ogłupione, biedne dziewczęta, ale wykształcone, nieźle zarabiające Turczynki ze stambulskich rodzin. Niby wszystko gra, ale magiczne słowo MAŁŻEŃSTWO kołacze stale gdzieś w tyle głowy, do tego bardzo młodym dziewczynom. Młodym i chyba jednak niezbyt roztropnym (żeby nie powiedzieć: głupim), skoro snują wizję ŚLUBU (bo nawet nie wspólnego życia PO) z dopiero co poznanym chłopakiem, z którym od niedawna zaczęły się spotykać.
Jak (lubiana zresztą przeze mnie) koleżanka, która w taki oto sposób analizowała swój trzymiesięczny wówczas związek (cytuję): „ Jeśli X. pójdzie do wojska na pół roku, to w porządku… Ale jeśli wyślą go na rok, musimy ustalić, czy bierzemy potem ślub, bo jeśli się nie zdeklaruje, to ja w ciągu tych dwunastu miesięcy mogę znaleźć kogoś innego, zamiast tracić czas”. Dodam, że koleżanka nie skończyła jeszcze dwudziestu pięciu lat. Dodam też, że nie było w tym wywodzie krzty ironii, tylko czysta kalkulacja i pragmatyzm (oraz determinacja!).
Skrajny (i smutny) przykład pochodzi z Kayseri. Znajoma musiała po studiach wrócić do rodzinnego miasta (bo tak). Rodzina uznała, że nadszedł czas na małżeństwo (bo tak), pozwalając dziewczynie (cóż za wspaniałomyślność) wyjść za mąż za chłopaka, z którym była związana przez ponad dwa lata. Chłopak ten jednak żenić się nie chciał. Dopiero skończył studia i planował trochę „pożyć”, zwiedzać świat… Opowiadał mi przygnębiony, paląc papierosa za papierosem, że rodzina na pewno wyda jego ukochaną za kogoś innego, a on NIC na to nie może poradzić… Dwa, trzy miesiące później, miał już nową dziewczynę. Co stało się z poprzedniczką? Nie wiem, ale mam nadzieję, że historia o aranżowanym małżeństwie była lekko podkoloryzowana na potrzeby dramaturgii rozstania. Albo że rodzina dziewczyny ma dobry gust, i wydała ją za mniejszego kretyna niż jej były.


Żyć nie umierać, tylko przebierać – o Tureckim Chłopcu

Wiemy już, że Turecki Chłopiec wybiera, a raczej przebiera, że nie marzy o ustatkowaniu się za wszelką cenę, jak jego tureckie koleżanki (mało tego, po ustatkowaniu się PODOBNO zdradza – wynika tak z badań, jakich, nie pamiętam, dlatego pominę ten trudny temat, w który i tak nie chcę się w tej chwili zagłębiać, bo wystarczająco już namieszałam). Wiemy, że jego wybory, przynajmniej te dotyczące życia osobistego, są względnie akceptowane przez rodzinę – oczywiście pod warunkiem, że sam się utrzymuje – jest wtedy prawie panem własnego losu. Rodzinie nie zwierza się przecież ze wszystkich randek, związków i związeczków. Jest wolny, bo prowadzi po prostu żywot pracoholika i stawia na karierę – taka jest oficjalna i w miarę wiarygodna wersja. I tak już swoje przecierpiał – skończył studia, nauczył się jakoś angielskiego na poziomie elementary, poszedł do wojska, a teraz ciężko zarabia na chleb powszedni. Odczepcie się więc od Tureckiego Chłopca, z Tureckimi Kobietami też nie ma przecież łatwo!
Jeśli więc flirtuje z koleżanką, a potem z inną umawia się do kina (mówiąc swojej tureckiej dziewczynie, że ogląda w tym czasie mecz z kolegą), oznacza to tylko, że korzysta z możliwości, jakie dało mu życie. I że przyklaskuje mu przyzwalające na takie zachowania społeczeństwo. Możliwości, których nie ma (a raczej w teorii nie powinna mieć) Turecka Kobieta. Bo w praktyce, jak wiemy, bywa różnie…



Zakończenie

Wyjątkowo nie będę się na zakończenie tłumaczyć.
Ci, co mieli zrozumieć, zrozumieli.
Ci, którzy dopiero przyjechali do Turcji i zachwycają się nią aż dechu w piersi brak, i tak posądzą mnie o brak piątej klepki.

Następny post już naprawdę o wróżbach!

piątek, 1 stycznia 2010

Turcja. Świąt nie będzie


Hoł hoł hoł… jestem dobrym duszkiem tureckich Świąt Bożego Narodzenia…



Christmas: when, where, why?!

Co roku powtarzam jak mantrę (taką wredną mantrę), że wielu Turków myli Święta Bożego Narodzenia z Nowym Rokiem, wysyłając zagranicznym znajomym 31 grudnia sms-y o treści: „Świętujemy dziś razem z Tobą, Merry Christmas!”. Dostałam sporo takich życzeń podczas pobytu w Kayseri, w tym roku o Świętach jednak ani słowa… Być może światli Stambulczycy są lepiej wyedukowani. A może po prostu z roku na rok grono moich tureckich znajomych się kurczy? (kto by się chciał kolegować z taką przemądrzalską)

Na okoliczność Świąt moja okolica zamieniła się w jarmark świątecznych dekoracji: Mikołaje w różnych wymiarach i wygibasach, choinki we wszystkich odcieniach zieleni, a między nimi… świecące figurki Najświętszej Marii Panny! Czyżby promocyjny gadżet dorzucony do hurtowo zamawianych z Chin Mikołajków? A może jest na nie popyt w muzułmańskiej Turcji?

Wichry znad Bosforu nie dręczą tej zimy Stambułu. Temperatura cały czas na plusie, i to powyżej dziesięciu stopni, słońce częściej niż deszcz. Aż miło było połazić wczoraj wieczorem po zatłoczonych barowych uliczkach, żadnych dreszczy, chuchania w lodowate ręce, czy śniegu skrzypiącego pod nogami (tak, byłam na Święta w Polsce, i nie, nie przekonałam się jeszcze do uroków pięknej, mroźnej zimy… choć robię postępy).

Sylwester 2009 to mój trzeci stambulski Sylwester, drugi po stronie azjatyckiej, ale pierwszy naprawdę udany – dzięki temu, że w cudownym polsko-tureckim gronie (z przewagą polską).
Nie wiem, jak bawiono się w tym roku na Taksimie (czy były ofiary w ludziach?), ponieważ jestem tymczasowo odcięta od świata (internetowo, telewizyjnie… dobrze, że mam chociaż jakieś zakurzone książki…), ale Sylwester na İstiklalu (główna ulica odchodząca od Placu) jest chyba owiany złą sławą, bo nawet mnie myśl o noworocznym balowaniu na Taksimie napawa przerażeniem… (na temat tegorocznych tańców i hulanek na Placu TUTAJ).


Noworocznie i poświątecznie pozdrawiam wszystkich Czytelników, życząc udanego 2010 roku (który, jak wszyscy podświadomie czują, a fachowcy od horoskopów potwierdzili, będzie rokiem DOSKONAŁYM).
Wybieram się niedługo na noworoczne wróżenie z kawy. Relacja wkrótce.

środa, 16 grudnia 2009

Playing hard to get

zdecydowanie mnie poniosło, za długa przerwa. post nie nadaje się do czytania przy porannej kawie, poprawność polityczna nie jest ostatnio moją mocną stroną. do tego ani tu ładu ani składu. w zasadzie w ogóle nie należy tego tekstu czytać. można za to popatrzeć na zdjęcie (fajna torebka).


"Z kimże moje Canım tak długo rozmawia...?"



Jest taka gra, której znajomość bardzo przydaje się w Republice Tureckiej.
Polega na udowodnieniu, że jest się „prawie jak Turczynka”.
Posiada wiele wariantów i można w nią grać na wiele sposobów.
Cudzoziemki zwykle gubią się w jej zawiłych zasadach.

Gracze

Graczy jest dwóch – Kobieta (niekoniecznie Turczynka) i Mężczyzna (koniecznie Turek).
Występują również gracze wspomagający i przeszkadzający – znajomi, rodzina, życzliwy sąsiad.
Kobieta jest z reguły pionkiem. Zbijanym i przegranym.

Reguły

Zacznijmy od tego, że obowiązują one wyłącznie Kobietę. Są twarde, ustalone z góry i niezmienne. Wystarczy ich przestrzegać, by zdobyć główną wygraną.

Zasady zostały ustalone dla Mężczyzny.

Przebieg gry

Case study No:1 - przegrana

Mężczyzna (Turek) siedzi w gronie znajomych, w tym Kobiety (nie-Turczynki). Atmosfera przyjemna, zimowy wieczór przy piwie (niestety nie grzanym), który kończy się odprowadzeniem Kobiety przez Mężczyznę do domu (mieszkają w tej samej okolicy, a każdy Mężczyzna w Republice jest przecież dżentelmenem). Mężczyzna podczas spaceru obejmuje Kobietę swoim silnym, męskim ramieniem (jest wszakże zimno). Kobieta doznaje szoku, zdaje sobie bowiem sprawę z tego, że Mężczyzna jest w długoletnim związku z inną Kobietą (Turczynką) i ta nie posiadałaby się z radości mając przed oczami wspomniane ramię osłaniające rzekomo troskliwie przed rzekomym wiatrem i chłodem.

Case study No:2 - wygrana

Kobieta i Mężczyzna (para turecka) wchodzą do restauracji. Kobieta plącze się między stolikami, wzdycha, obrzuca kelnera poirytowanym spojrzeniem. Mężczyzna cierpliwie znosi okazywane niezadowolenie, kilkakrotną zmianę stolika (tu słońce, tam cień, a ten w rogu miał nieładny obrus), wybrzydzanie przy menu i skrzywioną minę. Za rachunek płaci oczywiście sam.

Game over

Turczynkę Mężczyzna szanuje, bo musi się o nią starać. Poza tym to Turczynka.
Nie-Turczynkę Mężczyzna uważa za łatwą, bo jest miła. Zresztą to panna z zachodu.
Podział jasny. Dla tureckiego mężczyzny.

Rady dla przegranych

Graj ostro – fauluj bez skrupułów. I tak nie posuniesz się do chwytów tureckiej koleżanki – kopiowania rozmów Mężczyzny z komunikatorów i sprawdzania jego poczty (niech żyje zaufanie w związku) lub odbijania chłopaka przyjaciółce. Wystarczy tylko trochę namieszać. Poza tym pamiętaj – już na wstępie jesteś na przegranej pozycji.

Bierz przykład ze skuteczniejszych rywali. Kto powiedział, że przy odrobinie dobrej woli i szczerych chęci nie staniesz się bardziej niedostępna od Turczynki?

Sprostowanie

Czytającym przypominam, że spędziłam prawie rok w Kayseri, a to powinno wiele tłumaczyć (a przynajmniej nieco usprawiedliwiać). Historie z Kayseri to jednak historie na osobnego posta (który nigdy nie powstanie).
Turków nadal lubię, a Turczynki coraz bardziej toleruję (mam nawet DWIE dobre koleżanki i kolejne dwie kandydatki na takowe). Po prostu nasłuchałam się ostatnio strasznych bzdur od tureckich znajomych (w tym historii o kopiowaniu korespondencji) i ręce opadły mi niżej niż zwykle.
W następnym poście dużo ładnych, kolorowych zdjęć.

wtorek, 20 października 2009

B jak Bebek

Co: dzielnica Bebek, znana i kochana zarówno w czasach Imperium Osmańskiego, jak i dziś
Gdzie: Beşiktaş
Jak dotrzeć: może nie najszybciej, ale najprzyjemniej – na piechotę z Örtaköy
Po co: po ładne widoki i zdrowy spacer (lub) lans i bogatego męża



B jak Bogato

Bebek to po turecku dziecko, niemowlę.

Jedna z najdroższych (jeśli nie najdroższa) dzielnic Stambułu.
Szyk i blichtr europejskiej strony miasta (odpowiednikiem azjatyckim jest równie urocza Bağdat Caddesi).
Tu bywa się i pokazuje, jeśli… ma się za co.

Jeśli planujemy rychłe zamążpójście, kandydatów na wybranka życia wybierajmy właśnie tu. Oceniamy po samochodach i… jachtach.

Możemy oczywiście umówić się na zwyczajne spotkanie z koleżanką. Najlepiej na Güneş dondurma (lody Słoneczne).

Nie musimy jednak siedzieć i bezsensownie wydawać lir na kolejne drogie kawy w okolicznych knajpach.

Nie ma to jak spacer z Bebek do Örtaköy. Polecany szczególnie w jesiennych momentach kryzysowo-chandrowych.



Widok pięknych, drewnianych willi położonych nad Bosforem wybawi z największej depresji:



Forteca Rumeli, ujęcie z promu:



"Wyspa" Galatasaray. Ku radości fanów:



Polski akcent – Jan Matejko i jego Widok na Bebek pod Konstantynopolem:



Enjoy Istanbul – nic dodać, nic ująć...

czwartek, 15 października 2009

Sonbahar

Lato, lato, a tu nagle jesień.
A za chwilę Święta i Sylwester.
Ale po kolei.

Dwa dni temu szalony lodos zawiał nad Bosforem i narobił trochę bałaganu. Odwołano promy.


Hula, hula wiatr zimowy, wicher duje w twarz...



Za to dziś 19 stopni i słońce.

Nie można się jednak oszukiwać. Październik to miesiąc niewątpliwie jesienny. Wyprawy na wyspy w celu kąpieli i opalania straciły sens…
Trzeba pogodzić się z tym, że będzie raczej chłodniej niż cieplej. Wiedzą to doskonale Turczynki, które dawno już przywdziały puchate kozaczki i modne kaloszki.

Nie wpadajmy jednak w jesienny marazm. Temperatura w Stambule wynosi obecnie około 20 stopni. A na południu kraju dopiero teraz robi się znośnie (choć wielbiciele smażenia się na skwarkę pewnie dawno już z Turcji uciekli).



Ekim /Październik/ kulturalny

Jesień nie sprzyja może turystce plażowej, ale za to kulturze na pewno.
Już dawno po sezonie ogórkowym. Dzieje się aż za dużo.
Ja tym razem w życiu kulturalnym Stambułu aktywnie nie uczestniczę, ale zainteresowanym polecam:

- Biennale 12 września - 8 listopada

- Filmekimi 17-25 października

- Akbank Jazz Festival 15-25 października

- Eurasia Marathon 18 października

czwartek, 3 września 2009

Uwieść Turczynkę

Dwa dni temu przeszły mi po plecach ciarki…

Nie z powodu chłodu (choć pierwszego września spadł symboliczny, pierwszy od miesięcy deszcz, niepozorny turecki kapuśniaczek... można wreszcie wziąć głębszy oddech i przespacerować się w południe bez obawy o zdrowie i życie...).


Dreszcz ów był spowodowany pewnym filmem…


Nabyłam wreszcie antenę, która umożliwia odbiór niezwykle interesujących tureckich kanałów (telewizor jest od paru miesięcy, ale do tej pory służył tylko jako „odtwarzacz filmów”).
Kto widział show ubóstwianego przez tłumy İbo lub słynną i arcyciekawą Bülent Erosy, ten zrozumie.
Komu nie było dane obcować z tureckimi mediami… niech nawet nie łudzi się, że może sobie wyobrazić ich „lokalny koloryt”.
To trzeba po prostu poczuć na własnej skórze…


Stare, dobre filmy…

Turecka kinematografia przeżywała rozkwit w latach 80-tych (właściwie, przeżywa go nadal, zmierza może jednak w nieco innym kierunku…).
Powstawały wtedy filmy różne, także te nieco niższych lotów…
Należą do nich pełne namiętności, dramaturgii i szczypty przemocy niezwykle oryginalne produkcje klasy B. Sceny miłości i chorej zazdrości mają to „coś”, co na próżno próbują naśladować twórcy niektórych tureckich telenoweli...

Jedną z kulowych scen tych filmów (podkreślam, mam na myśli tylko produkcje pewnego „podgatunku” – nisko budżetowe filmy „yeşilçam”) miałam okazję zobaczyć niedawno w wątpliwej jakości arcydziele zatytułowanym „Ayaz geceler” (mroźne noce).
A myślałam już, że sceny te to tylko legenda…

Scena pokrótce:
Wąsaty mężczyzna z bujną, kręconą czupryną (od razu domyślamy się, że to negatywny typ, bo źle patrzy mu z oczu, co dostrzegamy nawet zza ciemnych okularów…) wysiada z różowego samochodu (nie znam się na samochodach, więc nie wiem, jakiej marki… kolor za to piękny, niemal wrzosowy) z zaprzyjaźnionym (lub dopiero co poderwanym – tego niestety nie byłam w stanie ustalić w ciągu paru minut) atrakcyjnym dziewczęciem.
Udają się w kierunku mieszkania Wąsatego…
(podskórnie przeczuwamy, że dziewczę powinno porwać się pędem w przeciwnym kierunku…).
Rozmawiają przez chwilę w salonie, po czym Wąsaty udaje się do kuchni i – to właśnie słynna scena – dosypuje do piwa Niewinnej Turczynki (a sprawia ona wrażenie bardzo niewinnego i głupiego cielęcia) podejrzany biały proszek…
Możemy domyślić się, co dzieje się w następnej scenie…
(Niewinna Turczynka pije, rozmawia, pije, kręci jej się w głowie, przestaje pić, osuwa się na kanapę, zbliżenie na twarz Wąsatego – już bez okularów – radosny uśmieszek – cięcie, następna scena: Niewinna Turczynka wybiega rozczochrana i zapłakana z mieszkania Wąsatego).

Była to naprawdę bardzo, bardzo straszna, a przy tym makabrycznie śmieszna scena.

Następnego dnia nie włączyłam już telewizora.
Nie wierzę, by jakikolwiek program lub film był w stanie dorównać majstersztykowi, jakim okazał się film „Ayaz geceler”…

Nie znalazłam niestety opisanej sceny na youtube. Poszukiwania okazały się jednak więcej niż owocne… Poniżej dużo ciekawsza, a przy tym psychodeliczna scena z tureckiego „Taksówkarza”… Najwyraźniej klasyka gatunku.







ps. Mehmet, który czyta na końcu list, to ukochany dziewczyny. Ta pod wpływem narkotyku (wspaniała kolorowa halucynacja z perfidnym taksówkarzem na tronie…) pisze do boyfrienda notkę, w której wyjaśnia, że przespała się z İbrahimem i… biorą ślub!

czwartek, 27 sierpnia 2009

Ci wylewni Turcy



Religijna Turczynka bywa niemile widzianym gościem w nowoczesnej, laickiej dzielnicy. Musi zdejmować chustę na uniwersytecie oraz w innych publicznych instytucjach. Jak natomiast czuje się w tradycyjnej okolicy „nowoczesna” Turczynka, a tym bardziej – świeżo przybyłe do Turcji europejskie dziewczę?



Z nieobecnym wzrokiem przed siebie szybko mknąć…

Nawet doceniające turecką egzotykę cudzoziemki mają czasem dość okazywanego im zainteresowania. Nagabywania taksówkarzy, fryzjerów, sprzedawców („skąd jesteś?”, „jak ładnie mówisz po turecku…”, „podoba Ci się Stambuł?”, „widziałaś Sultanahmet?”) mogą zostać uznane za sympatyczny przejaw zwykłej, ludzkiej ciekawości.
Jeśli jednak pytania przechodzą niebezpiecznie z neutralnych w osobiste (a zdarza się to często, gdy uśmiechnięta Europejka przez grzeczność udziela wszystkich odpowiedzi), należy szybko zmienić front i zagrać „niedostępną Turczynkę”. Na pytania „gdzie pracujesz?”, „gdzie mieszkasz?”, „aha… a może sama?”, odpowiadamy wykrętnie, wspominając o mężu lub narzeczonym. Koniecznie tureckim!

Żarty żartami, ale pewność siebie niektórych mężczyzn (niestety, akurat tych, których nie mamy ochoty bliżej poznawać…) wzrasta wprost proporcjonalnie do okazywanej im życzliwości. Ta nie zostanie bowiem odebrana jako przejaw uprzejmości i dobrego wychowania (nasza intencja), ale… przyzwolenie na flirt (fantazja podstarzałego taksówkarza).
Czy można im się jednak dziwić? Szanująca się Turczynka nie będzie przecież szczerzyć zębów do poznanego pięć minut wcześniej fryzjera. Nie będzie też wdawać się w dyskusje na temat swojego życia osobistego ze sklepikarzem.

Większość świeżo przybyłych do Turcji cudzoziemek nabiera się jednak na pozornie niewinne konwersacje „o niczym”. Dopiero po jakimś czasie życia w Turcji zauważamy z zadowoleniem, że taksówkarze, fryzjerzy i sklepikarze nie okazują nam już takiego zainteresowania. Stałyśmy się mniej atrakcyjne? Nie, jesteśmy po prostu… po turecku „niewidzialne”!
Można łatwo domyślić się, że blondynka o śnieżnobiałej cerze będzie mieć w Turcji większe powodzenie od swojej równie atrakcyjnej, ale czarnookiej tureckiej znajomej. Co jednak ciekawe (i w pewnym sensie smutne), nawet ta druga musi często udawać niewidzialną i przemykać po tureckich ulicach. Wcale nie przez swój odważny strój lub wyzywający sposób bycia. Sam fakt bycia kobietą, w dodatku młodą i w miarę atrakcyjną, sprawia, że jest (szczególnie w pewnych dzielnicach, regionach, ulicach), lustrowana od stóp do głów.

Oczywiście, w wielu miejscach przemknie niezauważona.
W wielu dzielnicach nikt nie odwróci się na jej widok nawet, gdy włoży na siebie strój przypominający bikini (chyba, że zrobi to zimą…)
Jeśli jednak wybierze się w odwiedziny do cioci, która mieszka akurat w konserwatywnej dzielnicy Fatih lub Ümraniye, i będzie w dodatku wracać do domu późnym wieczorem, może stanowić na ulicy widok rzadki.
Podobnie jak religijna muzułmanka w chuście, której zachciało się sobotniej imprezy w klubie Reina.
Po prostu, access denied.